Do Językodajni przyszła piękna, wykształcona, pełna życia kobieta. Napisała już kilka książek, prowadzi wykłady za granicą, bywa w świecie i na salonach. W wolnym czasie smakuje najlepsze wina. Takie hobby – mówi. Pewna siebie, energiczna, wchodzi do językodajnianego salonu, wybiera sobie pufę do siedzenia.

Zaczynamy rozmowę. To tylko konsultacja, muśnięcie motyla. Pijemy kawę z kardamonem, nikt nikogo nie testuje, nie sprawdza, czekam z życzliwą ciekawością na opowieść, osobistą historię, która ją tutaj przywiodła. Opowieść o szkole, w której cała uwaga skoncentrowana była na wytykaniu błędów, tak jakby istotą mówienia w języku obcym (ale też ojczystym) było produkowanie zdań bezbłędnie okrągłych, bez przestrzeni na najmniejszy nawet namysł, jakby to w tej bezprzestankowej potoczystości właśnie tkwić miała istota “płynności” w mówieniu. Słucham opowieści o lęku, który nieuchronnie towarzyszy poczuciu, że ktoś nas słucha by przyłapać na pomyłce, skarcić za wahanie, zastanowienie, przecinek, oddech. Czyha na nasze potknięcia, liczy wpadki, wdycha gęstniejące powietrze z mieszanką nagany, ale też cichego współczucia, bo przecież za chwilę to on będzie w naszej skórze, a my udamy się na bezlitosne łowy jego błędów.

Słucham jak całą poprzednią noc nie spała, bo myślami była już przy naszej rozmowie. Widzę jak w trakcie jednej rozmowy po angielsku znika cały ten dorosły świat budowany latami – ciekawa praca i ludzie, podróże, pasje, rodzina. Nagle i nieodwracalnie powróci świat szkolnej ławki. Upupienia. Zniknie dorosła kobieta, a zamiast niej za szkolną ławką kulić się będzie udając, że jej nie ma, modląc się o jałmużnę litości mała dziewczynka, nastolatka, która najchętniej by się rozpłynęła, przepłynęła niezauważalnie przez ciężkie drzwi klasy, pomiędzy plecakami, z których wysypują się podręczniki. Nie spałam całą noc przed naszą rozmową – mówi i czuję, że to nie poza, frazes ani krygowanie się.

Wymieniamy się uśmiechami, siadamy głębiej w naszych pufach. Oddech, głęboki oddech. Puszcza ciało, czuć jak powoli puszcza strach. Zanim coś odpowiem, jestem w tej przestrzeni z drugą osobą, daję sobie czas. Przychodzą powoli myśli, niektóre z nich być może warte ubrania w słowa. Niespiesznie, spacerkiem, ruszam na spotkanie drugiej osoby w zdaniu, w uśmiechu – otwartym życzliwie sercu. To stamtąd popłynie nasza rozmowa. Po angielsku.